|
Archiwum
O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
ALTER EGO
PO SASIEDZKU
To sie czyta/pisze/oglada
ZNANI I LUBIANI
|
środa, 12 marca 2008
Wszystko dobre
Co sie dobrze kończy. Dziekuje, że byliscie. Blogu nie bede odgrzewac, bo odgrzewane kotlety lubie bardziej. Nic nie poradze. Ale jesli macie czas, odwiedźcie mnie i moje miasto na seenyc.wordpress.com
Tam to dopiero jest ciekawie!
Zapraszam.
I dziekuje, ze byliscie ze mna. Zwlaszcza ostatnio. To wiele znaczy.
Ika
sobota, 26 stycznia 2008
Spieszmy się kochać ludzi
Tak dawno juz nie pisalam. A tak wiele sie zdarzylo. Chyba zapomnialam, z tego wszystkiego, dzielic sie swoimi sprawami z moim sztambuchem. To teraz mam. I weź tu człowieku nadąż z niusami. Od czego zacząć? Czy od tego, że wyszłam za mąż za człowieka najlepszego pod słońcem? Czy może od polowania na mieszkanie, zakończonego wycieńczeniem myśliwych i ucieczką zwierzyny? Albo od faktu, że jeszcze kilka dni temu miałam oboje rodziców, a teraz mam już tylko jednego? Jak zmieścić ogrom szczęścia i cierpienia, które było moim udziałem w ostatnich miesiącach na jednej stronie blogowej, w dodatku żeby jeszcze było śmiesznie albo ciekawie? Nie wiem. Wiem jednak, że to miejsce było moim kontaktem z mamą, jedynym prawdziwym. Bo tylko tutaj pisałam co myślę, a mama czytała to i potem mówiła, że nie spodziewała się takiej głębi. Czy miala rację, czy nie - nieważne. Ważne, że nie pisałam tak dużo jakby chciała. Ba, nie pisałam właściwie wcale. A prosiła. Teraz już za późno. Na wszystko za późno. Dlatego apel, i wybaczcie, że posługuję się wytartymi schematami. Ale te stare maksymy, stare powiedzonka i banały są częścią naszego życia. Nie odkładajmy nic na później. Bo możemy nie zdążyć. Spieszmy się kochać "naszych", przytulać i trzymać za rękę. Tak szybko odchodzą, zanim bóg zdąży mrugnąć. A co dopiero my. I żal. bo tyle rozmów nie poszło tak jak pójść powinno, bo tyle słów niepotrzebnych, kłujących do dziś jak igiełka sosny, którą połknęliśmy z wigilijnym karpiem. Bo nie pamiętam, kiedy ostatnio powiedziałam, że ją kocham. I choć wiem, że wiedziała, to w gardle ściska a oczy znów są w mokrym miejscu. Przepraszam, Mamo.
środa, 17 października 2007
Lad i sklad
Mam dzisiaj problem ze znalezieniem i jednego i drugiego. Ani mi sie nie chce stac ni lezec - najchetniej zakopalabym sie w mysia dziurke i pozwolila swiatu zapomniec o swoim istnieniu (nie zeby swiatu az tak bardzo nan zalezalo, nie ludze sie).
Czasem tak sie ma - uciec, zapomniec, wylaczyc telefon, wylaczyc mozg.
Ale tak bardzo boje sie nie zranic innych ludzi, ze pewnie podswiadomie ich tym ranie - bo klucze, nie dopowiadam, chowam sie.
A kolega mowi mi, zebym napisala opowiadanie o dziewczynce, ktorej nic nie wychodzi. Od urodzenia trzynastego az po lamanie nog na prostej powierzchni. Nie wiem czy mam odwage, nie wiem czy starczy mi wyobrazni na to, by wymyslic jakie zle rzeczy moga ja po drodze spotkac. Nie wiem, czy nie zrobi sie z tego samospelniajaca przepowiednia. Jak uciec od swojego zycia w pisaniu? Jak nie ranic przez nie innych? Nie mam odpowiedzi. Znowu.
No wienc siedze tak tylko sobie i nie mam na skladzie ladu. Niestety, patrzac na to co dzieje sie wokol mnie, nikt inny chyba tez nie.
poniedziałek, 10 września 2007
9.11
No nie ma bata. Jak sie mieszka w Wielkim Japku, to trzeba o tym pamietac. Nawet sie nie da nie pamietac. Nie chce pisac o tym jutro, bo chcialabym zachowac cisze. I nawet chyba nie wlacze telewizora, bo nie mam ochoty na przedstawienie wyborcze. Kurcze, strasznie mnie denerwuje, ze politycy wykorzystuja tragedie do swoich cynicznych celow.
Dlatego publikuje te notke dzis. A moja cegielka? To te wywiady, ktore przeprowadzilysmy z K. To mnie obchodzi - zwykli ludzie, nie "Zelazny Rudi", ktory pokazal sie na miejscu kilkanascie razy, zawsze w towarzystwie kamer telewizyjnych i fotoreporterow, a teraz robi z siebie "Mera 11 wrzesnia". Czasem to mi sie az niedobrze robi jak slucham politykow. Nie mowiac juz o tym, ze ludzie ktorzy pracowali przy odgruzowywaniu, nie maja nawet przyzwoitej opieki medycznej.
Nie, nie bylo mnie tutaj. Bylam na Pradze, w redakcji "Twojego Imperium", pracowalismy wszyscy do ciemnej nocy, z powodu roznicy czasu i klopotow w komunikacji telefonicznej. A po tym wszystkim co sie stalo, chyba jeszcze bardziej chcialam tu przyjechac, mimo wszystko, na przekor. No i jestem, i widze, ze mimo calego gowna ktore zgotowali nam politycy, wojny, tysiecy niewinnych Irakijczykow ktorzy zgineli w imie "wojny z terrorem" i wyborczego show-biznesu, ludzie pamietaja. Jak tu zapomniec?
wtorek, 24 lipca 2007
Domek na prerii
Byłam na wakacjach. W Wichita, Kansas. I po raz pierwszy zetknęłam się nie tylko ze środkowo-Zachodnią częścią Stanów, ale też i śladami kultury Indian Amerykańskich. To znaczy… czytałam coś pewnie dziecięciem będąc, ale jakoś zawsze mnie ten wątek pociągał. Był jednak na tyle daleko od spektrum moich zainteresowań (w Warszawie Indian nie uświadczysz, niestety - już prędzej Wikingów zza miedzy a raczej Bałtyku. Chociaż nie, nieprawda, poznałam Kolumbijczyka który był partnerem mojej przyjaciółki - mało był rozmowny, ale biła od niego jakaś pierwotna siła) że niespecjalnie się nim zajmowałam.
Od dzisiaj obiecuję sobie solennie, że tematem zajmę się trochę szerzej, bo właśnie Kansas, jak mi powiedziano jako jeden z nielicznych stanów z okolicy Great Plains hołubi swe indiańskie dziedzictwo, co prawda mało zeń już zostało, ale ja mam na ten temat swoją teorię. Wichita to śliczne, małe miasteczko, gdzie ulice są czyste a mieszkańcy nie wyrzucają na ziemię wszystkiego co popadnie, bo obchodzi ich jak wygląda ich okolica. I tu upatruję przede wszystkim Inidańskiej wspólnotowości, której na dużą skalę w Nowym Jorku nie ma. A może była tylko się zmyła wraz z natarciem ogromnych pieniędzy i wielkich korporacji? Owszem, są dzielnice, które mają swoje komitety i osiedlowe agencje, ale co z tego jeśli miasto i tak robi swoje, niszcząc pomniki przeszłości i stawiając na ich miejsce coraz to nowe banki, supermarkety lub stadiony. Na Bay Ridge na przykład, jak donosi blog magazynu New York, stawiają podobno Home Depot, i mieszkańcy obawiają się, że otworzy to tylko puszkę Pandory i utoruje drogę innym wielkim korporacjom. Nie znam dzielnicy dobrze, ale wiem że Bay Ridge to tzw "sąsiedztwo", mała wspólnota gdzie pani Hania zna Jimmy'ego od dzieciństwa a jej mały Brianek i jego Alice chodzą razem do tej samej podstawowki, gdzie uczy ich pani Pingleton.
Zaraz, zaraz - coś się chyba zapędziłam jednak. Miało być o Indianach. No właśnie - stan Indiana, tylko kilkaset mil od Kansas, choć w nazwie ma Indianina, to tego dziedzictwa nie hołubi. A Kansas tak - zbudowano tu w 1974 roku pomnik "Stróża prerii", piękny stalowy twor, który jest patronem dwóch spotykających się w Kansas rzek - Arkansas i Małej Arkansas (wymawianej, żeby nie było wątpliwości: ARKANZAS, nie jak stan ARKANZO, taki mały patriotyzm lokalny) i czuwa nad prerią, która jak to preria jest wieeeelka i rozłożysta. A obok stojącego na kamiennym podeście pomnika jest muzeum - z Indiańskimi śpiewami plemiennymi (nie na żywo oczywiśice, tylko z taśmy, ale zawsze) i objaśniające indiańskie zwyczaje, symbolikę i kulturę. pewnie wszyscy już to wiedzą, ale dowiedziałam się na przykład że w tej kulturze kobiety są jeśli nie wyżej to przynajmniej na tym samym szczeblu w hierarchii - to do nich należy utrzymanie domu, ale też i finanse, sprawy organizacyjne całego plemienia. Mężczyźni są tylko po to, by polować i przynosić zapasy na zimę. I co ważniejsze, szanują swoje squaws i Pocahontas jak rownoprawnych partnerów.
Dowiedziałam się o cyklu życia i o Radzie Starszych, i o wszystkich tych rzeczach o których wiedziałam, ale jakoś zapomniałam. A na prerii wszystko to jakoś do mnie przemówiło. No to teraz moja teoria:
Ekhem, khem. otóż myślę, że mój chłopak jest jaki jest bo wychował się na prerii. I jego rodzice też są tacy jacy są, bo tutaj się urodzili i wychowali. Wiemy wszyscy jak znane są ze spokoju Indiańskie szczepy, prawda? No, to C. i jego rodzina jest jak ci Indianie - szczególnie jego tata - małomówny, ale jak trzeba to celuje w dziesiątkę. I nawet jak się denerwuje to nie krzyczy, tylko próbuje tłumaczyć spokojnie, raczej w celu rozwiązania problemu niż dręczenia siebie i innych naokoło. Więc C. jest taki sam - czasem coś do niego mówię, i wygląda jakby nie słuchał, ale po 5 minutach, zastanowiwszy się nad odpowiedzią, trafi nią w samo serce. I nie krzyczy, się nie denerwuje. Jak Indianin prawdziwy, musieli ci Indianie trochę krwi utoczyć na pola kukurydzy w Wichita, bo chyba coś z ich temperamentu wsiąkło w glebę i za pomocą osmozy także i do Kansanskiego krwiobiegu.
Anyway. Fajnie było na wakacjach, i fajnie było pobawić się z 3psami i 2 małymi kociątkami.
A teraz znów powrót do rzeczywistości. Ech...
środa, 06 czerwca 2007
Nie budzcie mnie
Trudno sobie przypomnieć, ale pierwszy “nowojorski” film, który obejrzałam był zapewne którymś z filmów Woody’ego Allena. A może “Dziecko Rosemary”? Albo mydlana opera, której tytułu nie pomnę, ale czołówki nie zapomnę chyba nigdy: Widok na Manhattan z lotu ptaka, a w tle Ella Fitzgerald śpiewająca o Mott Street, Delancey, Coney Island i Bronx Zoo. Znałam więc te miejsca, choćby tylko z nazwy. Nie przeszkadzało mi to marzyć że moja noga dotknie kiedyś ziemi nowojorskiej, choć mogłaby to być przyszlość zupełnie nierealna, gdyby nie upadek komunizmu I fakt, że przyjaciółka mojej mamy wyjechała do Nowego Jorku w latach 80. i tu właśnie się osiedliła. Nie, żeby mnie do siebie zapraszała, ale marzyć marzyłam dalej. I chodziłam wiernie na wszystkie filmy, w których Nowy Jork występował bodaj na chwilę. Do dziś moje ulubione to “śniadanie u Tiffany’ego”, “West Side Story”, ale chyba najbardziej “Fisher King”. Ba, po obejrzeniu tego ostatniego zdecydowałam, że jak jechać do Nowego Jorku to tylko w czerwcu (pamiętacie Robina Williamsa I Jeffa Bridgesa, śpiewających “I like New York in June, how about you” w central Parku?). Przed samym wyjazdem zafundowałam sobie jednak seans “Vanilla Sky” I w wyobraźni widziałam siebie zamiast Toma Cruise’a za kierownicą samochodu, który przejeżdża przez wyludniony Times Square. Przyjechałam i… zobaczyłam miasto zupełnie inne od tego na filmach, prawdziwe, pulsujące życiem, nad którym unoszą się wyziewy o różnym natężeniu i jakości zapachów (kto był w Nowym Jorku w lecie zrozumie). Miasto, w którym mieszkają I pracują ludzie z krwi I kości, choć sceneria wokół jest iście bajkowa. Prawda jest taka, że Nowy Jork w filmie to atrapa, ten prawdziwy – to dopiero jest coś! Ale tego uczucia rozkosznego bladzenia po swoim wlasnym marzeniu, bycia “w srodku” snu, ale na jawie, nie zabierze mi nikt. Dlatego kiedy uslyszalam o wystawie “Celuloid Skyline” na stacji Grand Central, pobiegłam jak szybko się dało. I znów to samo uczucie: jakbym była na planie filmowym. Tyle że tym razem byłam na nim naprawdę. Kuratorzy wystawy odkryli bowiem w wielkich wytwórniach filmowych oryginalne makiety z krajobrazem Nowego Jorku, używane w Hollywood, m.in. z filmu “Północ- Północny Zachód” Hitchcocka. Ale najbardziej urzekły mnie ekrany, na których wyświetlane są krajobrazy lub przejeżdżajace metro do fotomontażu. Na ich tle aktorzy w Hollywood wypowiadali potem swoje kwestie. Mnóstwo zdjęć, szereg bardzo ciekawych informacji fascynujacych nie tylko dla kino-maniaków. Dowiedziałam się na przykład, że kraina Oz ze słynnego filmu o Dorotce I jej towarzyszach to wizja artysty urzeczonego panoramą Manhattanu, podobnie jak futurystyczne miasto w “Piątym elemencie” Luca Bessona. Pewnie, że te dwa Nowe Jorki: filmowy I prawdziwy to dwie różne rzeczy, ale złwaszcza w czerwcu, lubię żyć tą iluzją. że zacytuję Przyborę: “Nie, nie budźcie mnie, śni mi się tak ciekawie. Jest piękniej w moim śnie niż tam na waszej jawie”.
czwartek, 17 maja 2007
Segregacja parasolczana
Pada. I to bardzo nawet pada. A jak wiadomo z powodu ironii losu, kiedy pada to trzeba gdzies wyjsc, bo przeciez wszystkie pilne sprawy mamy natenczas do zalatwienia. Stalo sie tak i w moim wypadku dzisiaj. To znaczy przepraszam, padac zaczelo kiedy bylam w trakcie zalatwiania tych wszystkich Waznych Spraw. A jako ze mialam ochote na spacer, to udalam sie na sprawunki piechota (ladny dzien byl, slonko swiecilo, postanowilam zazyc witaminy E). No i wszystko pieknie, gdyby nie to, ze piekny dzien szlag trafil akurat kiedy przechodzilam od sklepu do sklepu, a odleglosc miedzy sklepami wynosila dokladnie 12 przecznic. I tu dochodze do sedna. Po pierwsze: kiedy wicherek mowi, ze rozpada sie okolo 8 wieczorem, to znaczy ze de facto ulewa zmoczy cie circa 4 godziny wczesniej. I choc posiadasz w domu straszna ilosc parasolek (do wyboru do koloru: wielka z napisem, mala czarna, mniejsza w kropki, bezowa podreczna oraz czarna z raczka w ksztalcie kaczki) to wiadomo, ze kiedy mozna sie spodziewac deszczu, zadnej z wyzej wymienionych oczywiscie nie wezmiesz. Ba, gdybys wziela to deszc na bank by nie spadl - tak juz jest, prawo Murphy'ego czy cus. I w tym miejscu chcialabym zaapelowac do tych, ktorym bozia oprocz rozumu podarowala rowniez zdrowy rozsadek i kazala wziac parasolke. Drodzy rozsadni, Swoim darem przewidywania zwyciezyliscie nad nami nie-rozsadnymi i tak, nie musicie wiec jeszcze kopac lezacego. Nie dosc, ze macie parasolki i kroczycie z nimi dumnie, to jeszcze utrudniacie zycie nam, bezparasolkowcom. Juz tlomacze: im wiekszy parasol, tym mniejsze pole widzenia, ja to rozumiem, ale skoro i tak jestescie pod oslona to moze zechcielibyscie patrzec przynajmniej przed siebie i na boki. Jesli bowiem ja, Bezparasolkowiec (zwany dalej BP), ide obok was, to na mnie splywaja strugi deszczu z waszych parasolek, ktore w tym wypadku dzialaja jak rynny. Blagam, zachowajcie bezpieczny dystans! To nieprawda, ze jak sie jest mokrym to juz bardziej mokrym sie byc nie uda. My, Nierozsadni, czujemy kazda krople i strumien z waszej parasolki jak zimny bicz. A kiedy czekamy razem na autobus (lub wchodzimy tym samym wejsciem do metra), pozwolcie nam, BP, wejsc do niego pierwszym - w koncu macie tymczasowy dach, my musimy czekc na swa kolej pod obstrzalem lodowatych kropli, ktore wpadaja za koszule, powodujac dreszcze. a jesli juz wczhodzicie pierwsi, blagam zrobcie to jak najszybciej i nie skladajcie parasoli w ostatniej chwili, trzymajac je doslownie nad naszymi stopami - woda w butach nie tylko je niszczy, ale rowniez utrudnia chodzenie i powoduje przeziebienia. Ufff, to chyba wszystko. Dziekuje za uwage. I nigdzie juz nie ruszam sie z domu bez parasola.
wtorek, 15 maja 2007
DO PRZYJACIOL (NIE MOSKALI)
Dobrze jest miec przyjaciol. I podobno zdrowo tez. Badania opublikowane w New York Timesie wykazaly, ze ludzie ktorzy maja przyjaciol zyja dluzej. Serio. Pokazano to na przykladzie pacjentow chorych na raka - im ktos samotniejszy, tym mniejsza ma motywacje, by ozdrowiec. Dlatego tak wazne sa grupy wsparcia, samemu obronic sie nie latwo. Dlatego takze tak bardzo pomocne sa kluby anonimowych alkoholikow - o ilez latwiej zwyciezyc walke z samym soba I wlasnym nalogiem, kiedy wiemy ze inni ludzie tez sie zmagaja, I w razie czego odwiedza nas od wypicia tego przyslowiowego kieliszka. Mam wielu przyjaciol i znajomych krolika. Mysle, ze jestem jedna z tych osob, ktore jak ognia boja sie samotnosci, choc bycia samym juz nie, ciekawostka. Chyba przez ten strach lubie miec wokol siebie zaprzyjazniona swite, chocby nawet I najmniejsza. Dlatego martwi mnie moja siostra, ktora zbyt wielu znajomych znow nie ma, ze o przyjaciolach nie wspomne. Jak to jest, ze niektorzy z nas z latwoscia "oswajaja" ludzi, a inni zabieraja sie do tego jak do jeza. Powiem wiecej, niektorzy z nas maja kolce - najczesciej wydumane ? ktore, myslimy, nie pozwalaja ludziom sie do nas zblizyc. Dlaczego? Pewnie glownie boimy sie zdrady. Ale mam dobre wiadomosci: na zdrade tez sie mozna uodpornic, choc przez pierwsze kilka chwil bodzie jak nadlamana kosc. Dlatego mysle: czas odrzucic strach I zdjac kolczatke z szyi ? ludzie nas beda ranic, czy tego chcemy czy nie. Nie da sie tego uniknac. A kazda nastepna rana zabliznia sie szybciej niz poprzednia. Pamietam kiedy moja "przyjaciolka" z wczesnej mlodosci, moja imienniczka, ktorej pozyczylam z dobrej woli magnetofon, nigdy mi go nie oddala. Pamietam jak z mama I palacym wstydem na ramieniu udalysmy sie do niewyobrazalnej spelunki na osiedlu Za Zelazna Brama. Przyjaciolki nie bylo, a jej pijany konkubent w przepoconym podkoszulku uchylil drzwi mieszkania cuchnacego smazona cebula, I omal nas nie zepchnal ze schodow, kiedy zazadalysmy by nas wpuscil. Magnetofonu nie odzyskalam nigdy, przyjaciolki juz odzyskiwac nie chcialam. Przyszly nastepne, czasem lepsze, czasem gorsze. I tak sie zastanawiam (oczywiscie mam po temu powod, ktos mnie zranil ostatnio, ktos o kim myslalam, ze jest przyjaciolka, dosc mocno I gleboko, a w dodatku zupelnie bezmyslnie) czy nie lepiej miec przyjaciolke jedna, ale wyprobowana, zamiast rozmieniac sie na drobne. I choc mieszkamy od siebie bardzo daleko, I nie widzialysmy sie juz 4 lata, to wiem ze kiedy sie znow zobaczymy, bedzie tak jak dawniej. Jak gdyby ten czas wcale nie uplynal. My nawet nie musimy do siebie pisac, zeby wiedziec, ze bedzie tak jak dawniej. Tak ja mysle o Milenie. Moze ona o mnie takze?
czwartek, 03 maja 2007
Nie tak ostro
Sentymenty antyimigracyjne nie są w Ameryce niczym nowym, zwłaszcza jeśli dotyczą nielegalnych imigrantow. Są oni oskarżani o zabieranie stanowisk pracy, zaniżanie minimalnych stawek przez świadczenie tanich usług, wykorzystywanie darmowych świadczen socjalnych, mimo że na nie nie łożą, przyczynianie się do wzrostu przestepczości I "zaśmiecanie" amerykańskiej kultury. Szczególnie ten ostatni argument śmieszy mnie do łez, bo po pierwsze: co to znaczy "amerykańska kultura"? Jeśli jednak przyjmiemy, że takie zwierzę istnieje, kto inny w Ameryce tę kulturę stworzył jak nie imigracja. Zgodnie z tą logiką, powinniśmy pozbyć się wszystkich imigrantów I oddać ziemię jej prawowitym właścicielom - Indianom. Ale sentymenty to jedna sprawa, a stawianie murów na granicy z Meksykiem I pałowanie nielegalnych to już kwestia zupełnie inna. Mur, którego budowy jeszcze nie skończono, nie rozwiązuje nic: dopóki Meksykanie I inni imigranci z Ameryki Południowej nie bedą mogli zarobić na godziwe życie u siebie w kraju, dopóty będą ten mur przekraczać. Ja wiem, że George Bush nie jest molem książkowym, ale może jednak sięgnie po podręcznik historii nowożytnej, rozdzial: Mur Berlinski. 1 maja od dwóch lat jest w całych Stanach Dniem Pracy, ale pracy Nielegalnej. Już po raz drugi nielegalni imigranci demonstrowali przeciwko rosnącej liczbie deportacji I za reformą ustawy imigracyjnej. Demonstracje były pokojowe, a nastrój familijny. Wszędzie z wyjątkiem Los Angeles, gdzie policja zaczęła bić pałkami i strzelać gumowymi kulami do niewinnych protestujących, także dzieci, I dziennikarzy. Szef LAPD, William Bratton po obejrzeniu wideo przyznał, że policjanci być może "zareagowali zbyt ostro". Być może? Czas już, by policja przestala być taka ostra, bo może się zakrztusić. Nie muszę chyba przypominać sprawy Seana Bella, do którego oddano 49 strzałów, mimo że ani on ani koledzy swiętujący z nim wieczór kawalerski nie mieli przy sobie nawet pistoletu na wodę. Nie mówiąc juz o Amadou Diallo, który zginął tylko dlatego, że przestraszył sie dwóch drabow policyjnych goniących go w cywilnych ubraniach. Ale przede wszystkim jest to czas najwyzszy, aby George W. Bush dotrzymał obietnicy złożonej w 2000 roku, o uregulowaniu ustawy imigracyjnej. Póki co deportacje się nasilają, a o reformie ani widu ani słychu. Dziś jak nigdy widać, że jest ona konieczna, nie tylko po to, by nie rozdzielać niczemu nie winnych rodzin oraz tłamsić American Dream. Przede wszystkim po to, by policyjni kowboje już nigdy nie pałowali nikogo tylko za to, ze tak jak oni chce życ godziwie.
środa, 24 stycznia 2007
Nasza zima zła
|