wiele hałasu o nic
Lilypie Maternity tickers
RSS
sobota, 18 września 2010
Fałszywy alarm
Już był w ogródku, już witał się z gąską... ale go wygonili, bo powiedzieli że nie jest jeszcze gotowy.
Wczoraj poszliśmy z C. na rutynową, cotygodniową kontrolę do lekarza, połączoną z kolejnym USG. Żeby sprawdzić czy pasażer na gapę nie jest już zbyt duży na podróże i czy nie trzeba go przypadkiem przywołać do porządku, wywołując sztuczny poród za pomocą sztuk magicznych i pewnego lekarstwa, które przypomina oksytocynę (czyli naturalny hormon, wywołujący skurcze kiedy dziecko gotowe jest pokazać się światu. Ten sam hormon odpowiedzialny jest także za uczucie błogości i nieograniczonej miłości względem pomarszczonej żaby, która wychodzi matce z brzucha i rzadko przypomina zrazu istotę człekopodobną). Po USG pani doktor złapała się za głowę i powiedziała, że natychmiast należy pasażera-giganta (wg doniesień USG, szacunkowych jednak umówmy się, człowiek waży ok. 4,5 kilograma - jest więc dzieckiem dużym, żeby nie powiedzieć: ogromnym) skłonić do opuszczenia bezpiecznego schronu.
Zapakowano mnie więc do łóżka, przebrawszy uprzednio w wielce gustowną koszulę nocną bez pleców i kazano poddać się wszelkim niezbędnym operacjom przygotowawczym.
Takim jak: pobranie krwi (zielona pielęgniarka pokłuła mnie dwa razy nie trafiając w żyłę zanim dała za wygraną i poprosiła o pomoc starszą, bardziej doświadczoną koleżankę - ugh!), założenie kroplówki, podłączenie monitora dziecka i monitora skurczy. Przyszła pierwsza lekarka, tak chyba tylko żeby powiedzieć "hi" i poinformować mnie, że wszystko będzie dobrze i "we're here for you". Poczułam się lepiej, bo jakkolwiek przygotowana jestem na to, że poród nastąpić może w każdej chwili, nie miałam ze sobą żadnych zebranych wcześniej akcesoriów, takich jak książka (wiadomo, że poród może potrwać, a jak się dowiedziałam taki wywołany sztucznie może potrwać i dwie doby) albo szczoteczka do zębów ani nawet dezodorantu. Nie mówiąc już o tym, że jednak chyba nie byłam gotowa na przyjęcie do szpitala tak nagłe i z głupia frant.
Cóż było robić jednak - nie miałam wyboru.
Przyszła następna pani doktor i zbadała mnie, że się tak wyrażę, dogłębniej. Dosłownie raczej. Bolało jak diabli, wiłam się pod jej ręką i łzy same zaczęły mi lecieć, zaraz po tym jak lekarka wyszła. Widziałam po zmartwionej, kochanej twarzy C. że się o mnie martwi, i zakłopotany jest, że w niczym nie może mi pomóc. A przecież pomagał - samą swoją obecnością, i tym że mówił mi jaka jestem dzielna. Kiedy się uspokoiłam, i doszło do mnie co mówiła lekarka, mianowicie że do niczego nie jestem jeszcze gotowa, że szyjka mi nie zmiękła (zmiękła mi za to przysłowiowa rura) ani nic się nie rozwarło (wybaczcie szczegóły techniczne, ale są one tutaj kluczowe). Choć skurcze mam, ale nieregularne i niebolesne.
Dlatego, skonsultowawszy się z pielęgniarką ("so - we have some time, right?" - zapytałam. "Plenty of time" - potwierdziła) podjęłam natychmiast decyzję o oddelegowaniu męża do domu po przygotowaną już od miesiąca torbę ze wszystkimi niezbędnymi akcesoriami. Poszedł, upewniwszy się kilka razy: "You sure you're gonna be all right?".
On wyszedł, a tymczasem pojawił się następny gość tym razem lekarz płci męskiej, legendarny doktor Ho, czyli szef oddziału o białych włosach i skośnych oczach. Długo by opowiadać, co doktor Ho mi klarował, najważniejsze jest to, że zdecydował iż wywołanie porodu nie jest konieczne. I wysłał mnie do domu.
Co też posłusznie uczyniłam i od wczoraj głowię się, czy była to decyzja słuszna czy nie. Ale tego nie dowiem się pewnie nigdy. Najważniejsze, że do daty porodu ustalonej przez lekarzy mam jeszcze 5 dni i trzymam kciuki za siebie samą, za dziecko - giganta i za to, żeby wszystko poszło zgodnie z planem.

wtorek, 31 sierpnia 2010
Do rozwiązania jeden krok
Jeden, jedyny, i to nawet już niecały - miesiąc! Nie mogę sie doczekać, to były długie miesiące doprawdy
Jedna refleksja: "rozwiązanie" wydaje mi się określeniem nieprecyzyjnym może (bo w sumie nie rozwiązuje się nic w kobiecie jak sznurówka, tylko raczej rozciąga jak guma do skakania) ale jakże malowniczym:
Tak jakby w ciele moim kumulowała się przez te miesiące jakaś szarada, rebus niemożebny, którego rozwiązanie ukazuje się dopiero oczom po porodzie. I dokładnie tak jest! Zamęczam C. pytaniami: "A myślisz, że J. będzie lubił chilli? Myślisz, że będzie miał włoski blond jak ty dziecięciem będąc (bardzo lniany blond kręcony) i habrowo-zielonkawe oczy, czy raczej piwne, jak ja? Czy będzie miał łaskotki? Czy smakować mu będzie zrobiony przeze mnie pecan pie?"
Trudno mi sobie przy tym wyobrazić, żeby mój syn wyglądał tak jak ja. Choć nie do końca to racjonalne, bo ja wyglądam jak mój rodzony ojciec zupełnie, zwłaszcza kiedy porównuję zdjęcia z dzieciństwa. Więc znów zagadka.
Pytam też C.: jak myślisz, czy J. będzie miał poczucie humoru? Czy będzie mu się podobała piosenka, którą dla niego wybrałam ("Hey Jude" Beatlesów) i czy będzie Wagą czy Panną raczej?
Chyba nie mogę się już doczekać rozwiązania tego wielkiego rebusa.
I teraz tylko prośba do lokatora: bądź dla nas łaskawy, przynajmniej w te pierwsze dni swojego życia.
Umiej jeść karmiony piersią,
nie płacz zanadto i daj się ułaskawić
no i lub nas troszkę, proszę!
Twoi rodzice.
wtorek, 03 sierpnia 2010
Ciężarówki wszystkich krajów


     Dużo by pisać o wspólnocie wszystkich ciężarnych na świecie. I nie jest to chyba przypadek, że spacerując po Chinatown na co drugim skrzyżowaniu widzę kobiety "przy nadziei". Nie znam statystyk, ale musi to być chyba w Nowym Jorku dzielnica, gdzie ciężarówek przypada najwięcej na metr kwadratowy (a raczej stopę kwadratową, bo tak się tu mierzy w końcu). Czyżby antidotum na słynną politykę jednego dziecka w CHRL? Jedno jest pewne: wszystkie jak jeden mąż spoglądamy na siebie ukradkiem, porównując wielkość brzucha, oceniając garderobę (która oczywiście jest zawsze lepsza niż nasza osobista) i zgadując czy ciąża jest naszym błogosławieństwem, czy wręcz przeciwnie.
Błogosławieństwem to ona może i jest, ale nie w najgorętszym od 1999 roku Lipcu w Nowym Jorku. Ja wiem, że wszędzie jest gorąco, ale specyfika tego akurat miasta polega na tym, że asfaltowe chodniki i nadmiar budynków z żelaza i stali nagrzewają się jak w piecu do pizzy, potęgując żar do potęgi entej.
Kilka dni temu skwar byl 40-stopniowy, a wilgotność 80-procentowa, kiedy nagle - o losie łaskawy! - spadł deszcz. Niestety, zanim słońce zdołalo na dobre schować się za chmury, deszcz padać przestał. A słońce na to jak na lato, i dalej grzać nieznudzenie. Szłam akurat na ślub koleżanki, w sukience zmieszanej z polyestrem (na temat ubrań ciążowych mogłabym napisać cały elaborat, ale nie chcę wyjść na ostatnią gderę) i czułam się dosłownie tak, jakbym szła po rozżarzonych kamieniach, na które ktoś, jak w saunie, wylał wodę. Widziałam dosłownie gorącą parę unoszącą się z chodników.
Także fajnie jest w Nowym Jorku w lecie.
Ale chyba się nie odważę pisać już źle o tym mieście. Bo już za kilka miesięcy będę je tylko wspominać. I dobre będą to wspomnienia, choć bolesne. Bo dążenie "za chlebem" wygania mnie z tego miejsca. Ale o tym na razie cisza, na razie cieszę się jeszcze z tego co tu mam.
Ech
wtorek, 29 czerwca 2010
Spokój
Nie wiem doprawdy jak to się stało, że tak zaprzestałam pisania tutaj (znowu!). Czy to dlatego, że czas zajmowały mi dwie prace? Czy dlatego, że moja pewność siebie zmalała do liczby przecinkowej? czy może po prostu z niemocy, zwanej także leniem.
Jedno jest pewne już dzisiaj: wszystko jest okej.
Nie ma wad wrodzonych (oprócz słabo pracujących nerek, ale to podobno zdarza się w najlepszych rodzinach - dzięki temu chodzimy jeszcze na sesje fotograficzne USG), cukrzycy też się wystrzegłam. To ostatnie to nie wiem właściwie jakim cudem, bom gruba jak wieloryb. No ale kto powiedział, że mając cukrzycę zawsze się jest grubym?
Aha, no i najważniejsze: jest to, uwaga, uwaga, syn. Pierworodny nie tylko dla nas, ale także naszych rodzin - w mojej dzieci jest zero, ale brat C. ma trojke. Ślicznych, dorodnych dziewczynek. Wydaje  mi się, jak przez mgłę, że na wieść o płci męskiej naszego potomka, brat powiedział nawet "Gratuluję podtrzymania nazwiska", czy coś w ten deseń.
No i teraz jest kwestia imienia. Niełatwy ten problem odwlekamy na pózniej, bojąc się może odpowiedzialności za przyszły los nowego człowieka. Duża to odpowiedzialność zaprawdę, sama jestem dowodem - moje imię przechodziło już trzy fazy, z czego żadna nie "stykła" na zawsze. W związku z tym niektórzy znają mnie jako Ikę, niektórzy - Iwonę, a jeszcze inni - Yvonne. Nie wspominam już o półgłówkach np. w szpitalu, którzy z uporem godnym lepszej sprawy nazywają mnie Ajuona. Bo im tak wygodniej. Swoją drogą takie przejęzyczenia nie zdarzają się w Polsce - być może dlatego, że większość imion homogenicznie polska. Tutaj - misz masz międzynarodowy. Więc kwestia imienia, jakkolwiek nie spędza snu z powiek, jest ważką. I powoli jakby palącą. Any ideas?
środa, 14 kwietnia 2010
Strach się bać
Etap pierwszy: panika, czy zdążę na czas dojechać z jednego końca zatłoczonego w ciągu dnia miasta na drugi w pół godziny. Wsiadam do taksówki o 1.30, pędzimy przez West Highway aż na sam dół miasta - kierowca staje na wysokości zadania i tylko trochę mną trzepocze, że tak szybko jedziemy, zwłaszcza kiedy zakręcamy niebezpiecznie blisko ciężarowki UPS. Trochę też trzęsie, więc trzymam się za brzuch i łagodnie go głaszczę, powtarzając w myśli: "Tylko się nie denerwuj, wszystko będzie dobrze, to podobno bezpieczna procedura."
Etap zerowy: w pracy, przy komputerze, z braku lepszego zajęcia, wchodzę na strony pod hasłem "amniosenteza", ot tak, żeby zobaczyć jak innym poszło. Pierwszy link w Googlu zmraża krew na lodowato: wszystko dobrze, a dzień później dzieciaczek umiera. No to pięknie, myślę sobie i zwijam ten cały interes, pomna ostrzeżeń różnych mądrych ludzi, żeby w sprawach zdrowotnych nigdy nie radzić sie szatana - googla. Oddycham głęboko, nie po raz pierwszy tego dnia.
Etap drugi: zajeżdżamy z piskiem opon przed "Emergency Room" - mało dobrych wspomnień z tej izby. Ale C. czeka właśnie tu, stwierdzając autorytatywnie, że taksówce łatwiej będzie mnie tu podrzucić. Pewnie jak zwykle ma rację, ale jest to część szpitala nam nie znana, więc kluczymy najpierw do windy B, potem na drugim piętrze, przechodząc korytarzami jak z Kafki - po lewej stronie pokój z pacjentem z kroplówką, przy wejściu do sekcji "naszej" - Chinka na wózku inwalidzkim, śpiewa tradycyjne chińskie piosenki. Nawet ładnie.
Etap trzeci: rejestracja. Wpisuję drżącą ręką "amnio" w rubryce: cel wizyty. I siadamy. Czekamy.
Etap czwarty. Nadal czekamy
Etap piąty: po dwóch godzinach męki i myślenia o tym, jak wielka, gruba igła wbita zostanie w mój brzuch, wchodzimy do maleńskiego pokoiku, gdzie urzęduje pani od USG. Ma miły głos z chińskim akcentem i czasem mam problemy ze zrozumieniem co dokładnie ma na myśli, ale już się do tego przyzwyczaiłam. Niebieski żel ląduje z pierdnięciem na moim gołym brzuchu, zdziwionym że taki ciepły dzisiaj. "Mam specjalną grzałkę, dlatego - lubię jak żel do USG jest ciepły, nie szokuję wtedy matki ani dziecka termicznie." To miłe. Oglądamy na ekranie dziecko, wyglądające już jak dziecko, wywija tymi swoimi mikrymi nóżkami, ucieka, rączki obie pcha do buzi.
"Nie chce nam pokazać, trzyma nogi blisko siebie, nieśmiałe jest. Chyba już widziałam, ale nie zdążyłam zrobić zdjęcia." Powie nam sama, czy mamy pytać? Nie mówi, tylko jeździ tą magiczną różdżką po brzuchu, a małe się wije, ucieka, nie chce mieć z nami nic do czynienia. Może za dużo nas w pokoju? "No nie pokaże jeszcze raz. Ale z tego co widziałam poprzednio, to chłopiec." Chłopiec? - myślę szybko - tak właśnie myślałam, cały czas. Nie wiem dlaczego, miałam takie przeczucie po prostu i już. Chłopiec. Tata się ucieszy.
A amnio? Już po, na szczęście. Oszczędzę opisów, nie będę się skarżyć, ale nie było przyjemne. Dobrze, że już po. Teraz tylko "Take it easy, rest, and the results will take two weeks."
Więc czekamy na dobre wiadomości, bo inych do wiadomości nie przyjmuję. Czekamy.
czwartek, 08 kwietnia 2010
Spokojnie, to tylko ciąża
Ciąża, jak mówią mi wszystkie matki, to czas błogosławiony. Czas tylko dla ciebie - ciesz się uwagą, jaką zwracają na ciebie ludzie, tym jak cię dopieszczają i dbają. Nie chcę powiedzieć, że się z tym nie zgadzam. Ale.
Ten czas nie jest dla mnie niestety czasem błogosławionym. Stresuję się zanadto wszystkim. Gdybym mogła, to najchętniej nie chodziłabym do lekarza w ogóle. Bo po każdej wizycie nowy stres. Wczoraj - zagrożenie preeclampsią (nie wiem jak się po polsku nazywa) - lakarka powiedziała mi, że nie podoba się jej próba wątrobowa, a i fakt że mam bóle głowy może być niepokojący. I - nie chce mi to nawet przez klawiaturę przejść - jest ryzyko, że będzie trzeba dziecko urodzić wcześniej. Ja nie chcę tak! Chcę mieć normalną, programową ciążę jak pan bóg przykazał. I nie stresować się każdym nadrobionym kilogramem (dziś mam nadwagi około 5 kilo - nie wydaje się to dużo w normalnym świecie, ale podobno jest dużo w świecie prenatalnym). A odchudzać się przecież nie mogę.
Więc podejmuje decyzję, że wcale nie lubię być w ciąży i czekam już z utęsknieniem na upały sierpnia, żeby dotrwać jak najdłużej, żeby tylko ta moja fasola (teraz to raczej duży bób) urosła jak trza i była gotowa na ten świat.
Podły świat, co stresuje jej matkę.
wtorek, 23 marca 2010
Piesc do nosa
Oliwka nie jest juz dawno oliwka, ma teraz wielkosc zacisnietej piesci i podobno umie juz sama ssac kciuk. Czy dlubac w nosie takze? I czy ma co dlubac? Rosna mu/jej takze wlosy na glowie i brwi. Czy beda to wlosy koloru zyta jak chlopiece wlosy C (i czy straci je tak samo wczesnie jak on) czy tez ciemne, mysie, jak moje?
Takie glupkowate mysli przychodza mi do glowy ciagle. Ciagle sie tez martwie nie wiadomo czym, tak juz pewnie ma ciezarowy mozg. Podobno lokator/ka porusza sie w brzuchu calkiem swobodnie ale nie gwaltownie jeszcze - jedne ze stron internetowych okreslila to pieknie, ze jej/jego ruchy sa plynne i dostojne, jak taniec baletnicy/ baletmistrza.

On a different note: bylismy na wakacjach z rodzina C. - tesciami, jego bratem z zona i trzema slicznymi malymi dziewczynkami. Zlapalam sie na zacisnietym gardle, gdy Claire, srednia (i moja ulubiona chyba, bo z charakterkiem i ruda czuprynka) po kilku godzinach, ktore spedzilismy bez nich, wtulila sie we mnie na przywitanie. Tak po prostu, bez pretensji. Te hormony matczyne juz sie ujawniaja, co? I jeszcze bardzo wazna lekcje otrzymalam, a wlasciwie dwie.
Po pierwsze: z wielu roznych powodow nie przeprowadze sie do Kansas nigdy w zyciu. Po drugie: C. bedzie znakomitym ojcem, co wnosze z jego zachowania i opieki nad siostrzenicami. Takiego tate to sama bym chciala miec. Bedzie pewnie lepszym ojcem ode mnie. (Ba - no jasne, ze bedzie, bo ja ojcem w zyciu nie zostane, nawet gdybym sie bardzo starala).
poniedziałek, 08 marca 2010
Fory i przywileje
Powiedziałam szefom w pracy o ciąży. Chyba głównie z próżności, bo to i brzuch mi się robi większy, i cała jakby robię się większa, więc nie chciałabym, aby ktoś pomyślał że się ordynarnie roztyłam. Roztyłam się bowiem subtelnie, i dociec nie mogę dlaczego właściwie - słodyczy nie jem wcale, warzywa staram się dodawać do każdego posiłku. Jedynie cytrusy i inne owoce, wszelakiego autoramentu. No a brzuch rośnie, choć lokator/ka jest jedynie wielkości dużej śliwki (czyżby pomysł na nowe imię?).

Wszyscy są bardzo szczęśliwi, choć wiedzą że oznacza to utratę pracownika - na boga, a może właśnie dlatego? :-)
I wszyscy zaczynają mi tak jakby matkować. Miłe to jest, nie powiem, jak się tak wszyscy o ciebie troszczą - J. przynosi mi rano z piwnicy lód do pojemników, nie pozwala dźwigać butelek ze schowka, jednym słowem: raj na ziemi. A G., zwykle dość oschły w kontaktach i wymagający (nie dalej jak dwa tygodnie temu kazał mi robić kurs z "housecleaning", mimo że za sprzątanie baru mi nie płaci) sam wyciągnął z systemu stereo pewien ważny kabelek, "bo ty nie powinnaś wdrapywać się teraz za stołki". Wiele by mówić o zmianach otoczenia w kontaktach z ciężarnymi.

Pławię się w tej chwale i choć podejrzewam, że nie potrwa to wiecznie, to daję sobie pomatkować, bo kto mi będzie matkował jak sama zostanę matką. To sobie używam, nie?

Zauważyłam jeszcze jeden niepokojący dość symptom: wykorzystuję swój stan blogosławiony i słynną huśtawkę hormonalną do zdrożnej szczerości. Mówię prosto z mostu, nie opindalam się, i myślę sobie że mi z tym dobrze. Zawsze miła, grzeczna i poukładana, nei mogę się oprzeć aby mówić ludziom co naprawdę o nich myślę. Może to i okrutne, ale jakże uwalnia mózg!

I tak w sobotę przyszedł do baru Charles, właściciel pobliskiego baru, wraz ze swoim pijanym z poprzedniej nocy barmanem, Chrisem. Starałam się nie podsłuchiwać, ale jasne było, że 33-letni barman przechodzi jakiś kryzys egzystencjalny (wzmocniony pewnie przez fakt, że najadł się grzybków psylocybków tej samej upojnej nocy). I dalejże prawić o tym jak to ma w życiu przesrane, nie stać go na dziewczynę (jakby dziewczyny trzeba było kupować w Saksie) no i że ogólnie niedobrze mu na świecie jest, i pewnie jest jedyną taką osobą na całej kuli ziemskiej. I dalej w płacz. Nosz cholera mnie wzięła. Chyba musiałam spojrzeć nań krzywo, bo odezwał się do mnie płaczliwym tonem:
"I know what's going on here. You don't like me because I'm drunk."
Nieeee - zaprzeczyłam słodko. "I don't like you cause you talk shit". A może ja po prostu jestem już za stara na pracę w barze. Cierpliwości mi brak.
Kilkanaście godzin później udałam się do mego rodzimego baru ponownie, tym razem z O. oglądać Oskary. Przylepił się do niej jakiś człowiek, ktory także miał do powiedzenia same banały, wkraczając na ulubiony moj temat - II Wojny światowej, dyskusji o tym ilu Żydów zginęło w Auschwitz versus Polaków, i o tym że Polska miała przechlapane, i jeszcze o tym że w Jałcie Ameryka miała Europę Wschodnią w nosie. No przewałkowane te tematy wskroś i na przełaj. "Can we stop talking about it? it was such a long time ago. Let's just shut up and watch the Oscars!" - zakomenderowałam.
A potem wychodził znajomy, mocno messed up, także po całym dniu imprezowania. Żegnając się ze mną, powiedział: "So I will see you next time, when I'm sober." A co ja na to, okrutna? "Oh yeah? And when is that going to be?"

No okropna jestem, naprawdę. A jaką mi to radochę sprawia!


czwartek, 04 marca 2010
No hard feelings
Będąc zupełnie szczerą, tak do bólu, to powiem że mam mieszane uczucia. Pewnie to normalne, i każda pre-matka doświadcza podobnych ambiwalencji, ale przyznam się że czasem się zastanawiam: co mi właściwie do łba strzeliło, żeby wychowywać drugiego człowieka? Skąd wiadomo, że ja się do tej roboty w ogóle nadaję? Trudno mi jak do tej pory wykrzesać ciepłe uczucia do brand new człowieka, który zagnieździł się w moim podbrzuszu, trochę to wszystko na razie nierealne, nie wiem nawet czy za chwilę się nie obudzę z tego snu.

Takie mam przecież też sny - pojawiają się w nich zmory i dobre anioły z przeszłości, i są tak realne. A jak się budzę to mam straszny mętlik w głowie. Kto mówi, że rzeczywistość jest bardziej realna niż sen? Kto o tym decyduje? Hmmm?

No a co będzie jeśli ja tej nowej istoty wcale nie będę lubić? Jeśli między nami nie  "zaiskrzy" i będziemy się nawzajem wkurzać? Grzeszę słowem, wiem, ale nie mogę przestać o tym myśleć. Może jak mi się nie spodoba to będę mogła podmienić w szpitalu, albo zamienić się z kimś na zawiniątka? Nienormalna jestem, wiem. Ale jakoś nie mogę przestać o tym myśleć. Chyba zjem jeszcze makaronu z serem.
niedziela, 28 lutego 2010
Year of The Tiger
Zaczal sie juz dwa tygodnie temu, ale jakos nie mialam weny i bylam zmeczona byciem zmeczona. Tak to podobno jest, ze sie jest ciagle niewyspanym (no bo jak tu sie wyspac jesli co godzine trzeba latac do kibelka?) i wykonczonym. A to dopiero poczatek, podejrzewam ze natura daje przedsmak jak to bedzie po straceniu brzucha i zyskaniu nowego lokatora, ktory musi jesc co godzine-dwie.

Urodzilam sie w Roku Tygrysa. Oliwka (bo takiej wielkosci jest lokator/ka, caly czas nie wiadomo czy to chlopie czy dziewcze, tzn. ono wie, my jeszcze nie) tez urodzi sie w roku Tygrysa. Daje mi to powod do malej satysfakcji, tem bardziej ze jest mala szansa ze Oliwka bedzie spod  tego samego znaku zodiaku co ja - przewazy o tym doslownie tydzien w te czy w te. Chociaz z drugiej strony moze to i niedobrze byc spod tego samego znaku, tyle ze na imprezach mozna zaoszczedzic. Tjaaa. Zobaczymy. Z drugiej strony - kto by chcial obchodzic urodziny razem ze starymi? 

Pisalam ostatnio maly tekst o Tiffanym - sklepie z bijou znaczy sie. I zapragnelam tego oto gadzetu srebrnego. Nie wiem, nigdy nie mialam cisnienia specjalnego na bizuterie, ale ladne rzeczy lubie, i to bardzo. A poza tym w ciazy duzo rzeczy sie w czlowieku zmienia podobno :-P Taka lyzeczka fajna by byla. Bo po pierwsze: amerykanskie dzieci (o Boze! Moje dziecko bedzie Amerykaninem z mety!) ktore sie rodza ze srebrna lyzeczka maja szczescie w zyciu, podobnie jak te urodzone w czepku. No wiec nie dziwota. Po drugie: ta partykularna lyzeczka ma w sobie tez element ksiezycowy, wiec jak najbardziej w kregu zainteresowania C. A po trzecie: jest srebrna i sliczna, wiec dla kazdego cos milego.

Jedyne czym sie martwie to wielkoscia swojego brzucha. Duzy jest, cholera. A nie powinien byc tak duzy jeszcze - juz ludzie zauwazaja, wez tu ukryj taki bandzioch. I wszyscy mnie strasza (znaczy: w internecie i nutrycjonistka) ze za duzo funtow mi przybylo. No a jak mialo nie przybyc ja sie pytam, jesli co dwie godziny jestem glodna jakbym nie jadla miesiace cale. No jak?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8